Deszcz, deszcz, deszcz. A we mnie płonie nieugaszony ogień. Siedzę i katuję się filmami. Myślałem, że ten etap mam za sobą, a tu znowu te same uczucia wypełzły ze mnie niczym stado pijawek. Nie mogę się pozbierać. Wczoraj jechaliśmy tym samym autobusem do pracy, nie powiem, przywitał się ze mną, ale nic poza tym. Zrobiłem mu miejsce obok siebie, nie raczył skorzystać z zaproszenia. Po prostu chore. Wyszedłem dziś na dwór, zdołowany i wkurwiony jak stado harpii. I zobaczyłem tęczę. Ciekawe, czy to znak? Ale nie mam odwagi, żeby z nim zamienić słowo, bo o czym? O pracy? Nie mam przecież nawet pojęcia czy ma kogoś, a nie chcę się mieszać w cudze sprawy. Ale ta tęsknota, żeby go dotknąć, porozmawiać... Jednak mnie się nie zauważa.
Wiem, że Prawa Natury to Ty, Pani. Zachowaj we mnie troskę, gdy Twoje stopy oprę na Twoim ciele, gdy moje smutki staną się Twoimi smutkami i gdy zdrowy kapłan naprawi wszystko wokół.
Zachowaj we mnie szczerość.
Oddaj mi Twoją pracę, która radością jest i opieką nad wszystkim, bo wszystko wokół żyje swym własnym życiem i z Twoim duchem.
Twoja wola we mnie.
Niech się tak stanie.

